Te z was, które obserwują mnie na Instagramie doskonale wiedzą jak bardzo obawiałam się indukcji porodu.

Wizja godzin w bolesnych skurczach spędzała mi sen z powiek szczególnie, że w porównaniu do pierwszego porodu tym razem już wiedziałam co mnie czeka. I nie należało to do przyjemności. 
Zrobiłam nawet ankietę, żeby sprawdzić jak często wśród moich obserwatorek zdarzała się indukcja oraz czy miała realny wpływ na przyspieszenie akcji porodowej. Otóż okazało się, że jednoznacznie nic z niej nie wynikało. Odpowiedzi rozkładały się mniej więcej po równo, jedyne co przeważało rażąco to zdecydowanie bardziej bolesne skurcze podczas porodu indukowanego oxytocyną. 
Czekałam więc na rozpoczęcie akcji, próbowałam wywołać ją domowymi sposobami ale jednocześnie im bliżej byłam terminu, tym bardziej bałam się porodu. Piłam herbatę z liści malin, skakałam na piłce, chodziłam po schodach, spacerowałam tyle, ile tylko dawałam radę i nic! 

Nawet seks nie pomagał i straciłam już nadzieję.

Mycie podłogi na kolanach i mycie okien zostawiłam na ostatnią chwilę i ... ups nie zdążyłam, natomiast skuteczność domowych sposobów oceniam bardzo kiepsko. To tylko i wyłącznie kwestia przypadku, ale są to bezpieczne metody więc nic nie zaszkodzi próbować. 

Kilka dni przed planowanym terminem porodu miałam wrażenie, że wyciekają mi wody płodowe. W końcu w niedzielę popołudniu postanowiliśmy z Miśkiem, że jedziemy na IP szpitala, w którym planowałam rodzić. Wszytko poszło dość sprawnie, nie było kolejek, położna zaprosiła mnie do gabinetu i zbadała. Okazało się, że to nie wody. 

"Ale skoro już Pani jest to zrobimy jeszcze ktg"

Położyłam się na kozetce, położna podpięła peloty i dała plik dokumentów do wypełnienia. Nic nadzwyczajnego, zwykłe ktg blisko terminu porodu. Nagle dostałam delikatnego skurczu i ktg pokazało spadek tętna Mani do 80. Kiedy skurcz ustąpił tętno wróciło do normy po czym wystrzeliło w górę. Zaniepokoiło mnie to a za chwilę usłyszałam rozmowę przez telefon: "Widziałaś ten spadek? I co myślisz? Przyjmujemy Panią na oddział?" i zrobiło mi się gorąco. Tym sposobem w 39+4 zostałam w szpitalu na obserwacji. 

Ktg monitorowało serduszko Mani kilkukrotnie tego wieczoru.

Na szczęście nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Dowiedziałam się, że podczas poniedziałkowego obchodu będą podejmowane dalsze decyzje ale najprawdopodobniej czeka mnie indukcja. 
Położyłam się więc spać na tym turbo niewygodnym, skrzypiącym łóżku. Nie muszę chyba wspominać jak kiepska to była noc - po pierwsze dlatego, że nie wiedziała co się dzieje z moim dzieckiem, po drugie - byłam w szpitalu zamiast w domu, a po trzecie - nadal byłam w ciąży, co nie sprzyjało wysypianiu się. Podsumowując spałam z przerwami może 3 godziny i rano byłam wykończona. 

Przyznaję, że czekałam na ten obchód jak na ścięcie, okropnie bałam się co mogę usłyszeć.

Kiedy w końcu nadeszła pora obchodu poproszono mnie do gabinetu lekarskiego, gdzie lekarka zbadała mnie i zaproponowała indukcję. Właśnie tego momentu bałam się najbardziej.
To było 39+5 więc po co przyspieszać? Mania ma jeszcze czas. Lekarka wytłumaczyła mi, że ciąża jest donoszona, każdy tydzień to jest +200g u dziecka, a na usg już ważyła prawie 3900g i najlepszym rozwiązaniem będzie indukcja (przy wadze +4kg to już wskazanie) a jeżeli się nie zgodzę to będę w szpitalu czekać na rozwinięcie akcji bo nie wypuszczą mnie do domu. Wiem, że mogłabym wyjść na własne żądanie ale w momencie kiedy coś niepokojącego może dziać się z dzieckiem to bałabym się podjąć to ryzyko. Skutecznie mnie przekonała w momencie, kiedy powiedziała, że przebijamy tylko pęcherz płodowy. Żadnych baloników, żadnej oxy. Byłam przekonana, że po odejściu wód akcja pójdzie szybko, bo podobnie wyglądało to przy porodzie Zu
I nie myliłam się. 

Studentka pomogła mi się spakować i przewiozła mnie na salę przedporodową, a tam już opiekę nade mną przejęła położna, z którą miałam rodzić. 

Lepiej trafić nie mogłam, ta kobieta to anioł. Serio! 

Podłączyła mnie pod ktg, wszystko wytłumaczyła, omówiłyśmy plan porodu, powiedziałam jej o wszystkim, na czym mi zależało (poród do wody, pozycje wertykalne, znieczulenie!!!) a czego chcę uniknąć (nacięcie krocza). Wcześniej w domu do perfekcji opanowałam oddech, który działał jak tabletka przeciwbólowa. Nie sądziłam dotychczas, że oddech może mieć aż taki wpływ na ból. 

Do 8 cm rozwarcia dotrwałam oglądając telewizję i skupiając się na oddechu (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to 8cm).

Skurcze się rozkręcały, z ktg wynikało, że są mniej więcej co 8 minut kiedy położna przyszła zbadać rozwarcie. Wzięła mnie na porodówkę:
- "mam być szczera?" - zapytała
- "noo tak" - udało mi się wydusić
- "masz już 8cm" - odparła ze zdziwieniem
- "czyli co? znowu nie zdążyłam na znieczulenie?" - zaśmiałam się pod nosem.
Tak moje kochane. Drugi raz rodziłam bez znieczulenia. I znowu muszę przyznać, że nie było tragedii. 
To było 2 godziny od momentu przebicia pęcherza płodowego. Dobrze, że chwilę wcześniej napisałam Miśkowi, żeby był w gotowości bo wpadł w ostatniej chwili. 5 minut później znowu by go nie wpuścili. 

Niestety z porodu do wody nic nie wyszło, bo przez spadki tętna Mani musiałam być cały czas pod ktg. Na szczęście ktg było przenośne więc mogłam chodzić po sali. Próbowałam pozycji wertykalnych ale skurcze już tak mnie wykańczały, że nogi miałam jak z waty dlatego sama zdecydowałam, że będę rodzić w pozycji klasycznej. Cieszę się, że miałam możliwość spróbowania, nikt mi nic nie narzucał.
Pani Beata świetnie zajęła się ochroną krocza tak jak prosiłam. Kierowała główkę do kanału, mówiła mi kiedy przeć, a kiedy tylko pracować oddechem, dzięki czemu uniknęłam nacięcia, tylko delikatnie pękłam. 

Przy pierwszym porodzie nacięto mnie nawet mnie o tym nie informując.

Teraz kiedy mam porównanie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że warto było walczyć o brak nacięcia (omówiłam plan porodu i nie zgodziłam się na nacięcie wypełniając dokumenty do przyjęcia) bo komfort jest nieporównywalny. Mogę normalnie usiąść na tyłku, karmić Manię w spokoju, czego zabrakło po pierwszym porodzie. Każdej próbie siadania towarzyszył okropny ból i dyskomfort. 
Dlatego walczcie o siebie i swój komfort. 

Rutynowemu nacięciu mówimy stanowcze nie!

Co więcej nacięcie krocza nie chroni przed pęknięciem, wręcz przeciwnie może przyczynić się do pęknięcia wyższego stopnia. 

Co do porodu rodzinnego tym razem udało nam się z niego skorzystać. Bardzo chciałam, żeby Misiek był przy mnie, sama jego obecność działała na mnie kojąco. To, że mógł potrzymać mnie za rękę kiedy tego potrzebowałam czy poszeptać do ucha miłe słówka kiedy ból był nie do zniesienia.
Mania urodziła się 26.07.2021 o 12:40, czyli 2:30h od odpłynięcia wód. Pani Beata na koniec przyznała, że mam bardzo wysoki próg bólu. Owszem mam. Okazało się również, że spadki tętna Mani spowodowane były tym, że owinęła się pępowiną wokół szyi.

3670g 53cm i 10/10pkt

Mania od razu wylądowała na moim brzuchu otulona tylko pieluchami flanelowymi, żeby nie było jej zimno i została tam już przez 2h po porodzie, również na czas rodzenia łożyska i szycia krocza. Wszystko zgodnie z wytycznymi, których często się jednak nie przestrzega. 
Po 2 godzinach lekarka zabrała Manię do ważenia i mierzenia. Kiedy już była ubrana położna podłączyła mi kroplówkę i poinformowała, że mamy jeszcze godzinę dopóki kroplówka się nie skończy. Tym sposobem jeszcze Misiek mógł przytulać się z Manią przez ok 1,5h i był z nami prawie 4h po porodzie. 

Ten poród to była czysta przyjemność jakkolwiek by to nie zabrzmiało. 

Opiekę po porodzie oceniam na 2/5. 
- pobranie krwi, które skończyło się ogromnym wylewem na pół ręki praz bólem przedramienia
- doradztwo laktacyjne polegało na demonstracji prawidłowego przystawienia dziecka, natomiast odpowiedź na każde zadane pytanie brzmiała tak samo: „może pani dokarmić, żeby nie spadła z wagi”, „jak raz da pani butle to się nic nie stanie”, „wędzidełko miała sprawdzane i jest ok” (kilka dni później położna środowiskowa sprawdziła jeszcze raz i okazało się, że wcale jest takie ok).
- spychologia na szeroką skalę
- dostałam również propozycję podania smoczka kilka godzin po porodzie, żeby dziecko nie płakało.

Dlaczego zdecydowałam się na ten szpital?

Ze względu na niewielką odległość od domu oraz usytuowanie oddziału na parterze, dzięki czemu mogłyśmy spotykać się z Miśkiem codziennie przez okno.
Szpital ma ogólnie bardzo dobre opinie i sam poród wspominam bardzo dobrze, ale pobytu na oddziale już niestety nie.
Na szczęście leżałyśmy tylko dwie doby a w środę popołudniu już byłyśmy w domu.

Ciekawa jestem czy w każdym szpitalu oferują talie „wsparcie laktacyjne”. Jakie są wasze doświadczenia?
Mama i dziecko


Buziaki,
N.

Brak komentarzy: