Zdjęcie mamy i córki dzień po porodzie, łóżko szpitalne, rożek niemowlęcy.

Poród

Dam sobie uciąć rękę, że każda kobieta będąc w pierwszej ciąży zastanawia się skąd będzie wiedziała, że to już? Otóż nie znam chyba żadnej kobiety, która nie zdążyłaby na czas znaleźć się w szpitalu (no chyba, że sama zdecydowała o porodzie domowym ;) ) 

A jak to wyglądało w moim przypadku? 

Nadszedł wreszcie ten długo wyczekiwany dzień, kiedy to mogłam przestać się oszczędzać (uwierzcie mi, że po takim czasie chciałam otwierać szampana). Misiek był na przymusowym urlopie covidowym, więc chcieliśmy wykorzystać ten czas na niezbędne przygotowania i tego dnia padło na malowanie ścian. Misiek od rana wziął się za robotę a ja siedziałam zrelaksowana w piżamie, naolejowałam włosy i stwierdziłam, że zrobię coś szalonego - ugotuję obiad. Wstałam z kanapy, zrobiłam dosłownie pięć kroków do kuchni, wstawiłam wodę na makaron i poczułam, że strużka płynu cieknie mi po nodze. Milion myśli na sekundę, pędem do łazienki, żeby sprawdzić, czy to to o czym myślę. Misiek przerażony bo widział moja minę, spojrzałam na niego i mówię „chyba właśnie odchodzą mi wody, wyłącz ten garnek”. Wyobraźcie sobie teraz panikujące postaci w bajkach, które biegają w kółko bez celu z rękami w górze krzycząc przy tym z przerażenia. Tak właśnie wtedy wyglądał przyszły tatuś. Ja, oaza spokoju (jak nigdy), wykąpałam się, dopakowałam rzeczy do walizki, wzięłam paczkę herbatników w rękę i pojechaliśmy rodzić. To było 35+4. 

Podjechaliśmy pod szpital ok 15:30. Przez ten pieprzony COVID Miśka nie wpuścili na izbę przyjęć przez co byłam zdana sama na siebie. Bez wody, bez jedzenia z prawie rozładowany telefonem i rozkręcającym się skurczami, myślałam, że zwariuję. Po około godzinie poproszono mnie na badanie, wstałam z fotela i poczułam się jak w filmie - wody chlusnęły na podłogę jak z wiadra. Szybkie badanie, usg i czekamy.

Wtedy skurczą zaczęły przybierać na sile do tego stopnia, że brakowało mi oddechu. W pewnym momencie chyba któraś położna usłyszała moje jęki bólu bo przyszła i zobaczywszy moją minę natychmiast wzięła mnie do przyjęcia na oddział. Było chwile po 19:00. 


Położyli mnie na salę przedporodową bo rozwarcie miało dopiero 1,5 cm. i mimo przywrócenia porodów rodzinnych na salę przedporodową Miśka nie wpuścili. Zostawili mnie tam samą sobie, nie do końca świadomą co dalej, bez wsparcia, bez wyjaśnienia. 

Skurcze nie słabły, wręcz przeciwnie. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam po położną. Usłyszałam tylko, że zaraz ktoś przyjdzie mnie zbadać i kolejne 20-30 minut czekałam na pomoc. Po tym czasie zjawiła się kolejna pani, zbadała mnie i biegiem zaczęła zbierać moje rzeczy bo rozwarcie w ciągu godziny zwiększyło się z 1,5 cm. na 6 cm. Kiedy podniosłam się z łóżka na prześcieradle zobaczyłam krew i byłam przerażona jak nigdy, niestety nie usłyszałam słowa wyjaśnienia, ani wsparcia, że nie ma się czym martwić. Przeniosła mnie na porodówkę a ja z zagryzionymi zębami zadzwoniłam po Miśka i jedyne co z siebie wykrztuszali to „zapraszam”. Mieszkamy jakieś 15 minut od szpitala ale Zuzka tak pchała się na świat, że nie zdążył dojechać. Akcja rozkręcała się w takim tempie, że nie zdążyli ściągnąć anestezjologa do podania znieczulenia a moje krzyki słyszało pół oddziału. 

Tak o to 4 czerwca 2020 o 21:08 w 35+4 bez znieczulenia przyszła na świat nasza gwiazdka. 


Mama i córka w szpitalu, dzień po porodzie

Rodzić czy nie rodzić?


Jeżeli zastanawiasz się, czy pandemia to dobry czas na rodzenie pierwszego dziecka to z pełną świadomością odpowiem Ci, że ani trochę. Teraz będąc w ciąży już wiem co mnie czeka i poniekąd jestem na to gotowa. Wtedy zaś nie miałam pojęcia co się wydarzy, jak długo to potrwa i przede wszystkim jak cholernie to boli i w tym właśnie momencie zostałam pozbawiona wsparcia od najbliższej mi osoby, a wtedy potrzebowałam tego jak nigdy w życiu. Niewątpliwie widok mojej córeczki zrekompensował mi całe zło, którego doświadczyłam podczas porodu.


Buziaki,

N.

Brak komentarzy: